O niezłomnym dążeniu do tworzenia gier – retrospekcja

Bardzo dawno temu zamarzyło mi się stworzenie własnej gry. Było to dokładnie podczas grania kolejnej sesji w kultowego Quake’a, krótko po tym niefortunnym momencie, gdy na stałe zacząłem mieć dostęp do komputera. Oczywiście w gronie lokalnych kolegów funkcjonowało dużo innych, równie wyśmienitych gier, ale to właśnie ta seria i ten tytuł jest dla mnie symbolem pewnych marzeń.
Swobodne, dynamiczne poruszanie się po trójwymiarowej scenie pełnej akcji i barwnych treści. Była akcja i błyskawicznie następował efekt, strzał i wybuch. Chociaż gra ta nie należała do wybitnie głębokich, działała na młoda wyobraźnię skutecznie niczym młotek na palec.
Zacząłem się wtedy zastanawiać, jak to wszystko jest stworzone. Dlaczego na płaskim ekranie monitora mogę widzieć trójwymiarową scenę i do tego mogę w pełni kontrolować wydarzenia, tam za ekranem.
Po krótkim podwórkowym badaniu wiedzy, natrafiłem na zgubny termin – programowanie.
Po kilkunastu godzinach przerzucania tego terminu pomiędzy półkulami dziecięcego mózgu, zapytałem o to mojego ojca. Odpowiedź, która padła brzmiała mniej więcej:

To tworzenie programów przy użyciu komend, trudna sprawa.

Od dziecka lubiłem trudne sprawy (nie te z telewizji bynajmniej), tak jak na przykład wjeżdżanie rowerem w najgłębsza kałużę czy hamowanie kolanami na jedynym fragmencie asfaltu w okolicy. Byłem też ciekawski, jeżeli czegoś nie wiedziałem, nie mogłem spać. W domu była książka w stylu „Sam składam komputer bo wszyscy mamy w domach identyczne podzespoły”, czy jakoś tak. Na odwrocie zaś, znajdowała się reklama tego samego wydawnictwa i oferującą książki o tematyce programowania w C++.

Moja pierwsza książka związana z tym tematem
Moja pierwsza książka związana z tym tematem

Podczas którychś z niedzielnych zakupów z babcią, wypatrzyłem pierwszy tom owej książki na półce w DrogoMarkt. Myśląc logicznie, wiele dzieci na tym miejscu z pewnością wolałoby samochód na pilot albo przynajmniej garść słodyczy. Ja poprosiłem ją o tę właśnie książkę. Babcią z lekkim podejrzeniem kupiła mi ją, nie zadając jednak wiele pytań jako, że na okładce nie było nic potencjalnie groźnego dla nastoletniego dziecka. (Ha!)

Moi rodzice prowadzili w tamtym czasie tzw. kawiarenkę internetową, gdzie dzieciaki po szkole przychodziły „piłować” najnowsze gry.

stare czasy i tzw. kafejki
stare czasy i tzw. kafejki

Krótko to trwało, bo Internet zaczynał właśnie opanowywać szturmem domy i mieszkania. Pamiętam jednak, jak z wypiekami na twarzy czytałem kto i dlaczego stworzył moje ulubiony gry, takie jak wspomniana wyżej seria Quake. Postanowiłem sobie wtedy, że u mnie też tak będzie. Po prostu wstanę i będę robił porywające gry. Postanowienia w tym wieku mają moc przetrwania podobną do tego, że dziś już na pewno odrobię lekcje. To jedno przetrwało długie lata i prawdopodobnie w drugiej klasie liceum swobodnie nade mną panowało, stąd bowiem wynika pomaturalny wybór kierunku i specjalności związany właśnie z grami i symulacjami komputerowymi. Przy okazji, za jakiś czas dodam oddzielny temat z przemysleniami jak i czy w ogóle warto iść na studia związane z programowaniem.

W tak zwanym międzyczasie, ciekawość poganiała mnie niestrudzenie. Najpierw wysyłałem spocone sprite’y na dwuwymiarowy ekran domyślnej aplikacji Windows. W liceum miałem kolegę, który również miał coś z głową, więc wysyłaliśmy sobie na zmianę beznadziejne kompilacje naszych kodów zródłowych, których nie zawsze do końca rozumieliśmy. To było fajne. On nie skończył najgorzej, bo potem słyszałem, że pracował przy najnowszym Wiedźminie, a to brzmi jak coś porządnego.

Wracając do tamtych czasów, następnie dowiedziałem się o bibliotece direct3D, ale prostszy w rozumowaniu wydawał mi się na tamte czasy OpenGL. Zacząłem więc pisać kolejne arkusze bezsensownych kodów w kolejnych wymiarach, byle tylko w końcu wyświetlić wymarzoną scenę trójwymiarową i pochodzic po kamerą niej, bez żadnego szczególnego celu. Czy było warto „zmarnować” tyle czasu pięknego dzieciństwa? Zdecydowanie! Chociaż nie powstało z tego nic mądrego, był to wręcz utopijny przykład połączenia nauki i zabawy.

To było zaledwie moze osiem-dziesięć lat temu, gdy tak popularne dziś i łatwe w obsłudze narzędzia, jak Unity czy Unreal, nie były tak modne, zwłaszcza pośród nowicjuszy. Wiele osób znajdowało swoją pielgrzymkę w stosie czystego kodu.

każdy ciekawski zna ten tutorial
każdy ciekawski zna ten tutorial

 Swego czasu popularny byl serwis Warsztat, na którym ludzie z dumą umieszczali swoje wypociny w postaci mniejszych i większych projektów gier. Serwis nadal istnieje i chyba ma się dobrze, ale szczerze mówiąc, trochę o nim zapomniałem. Postaram się to zmienić. Pamiętam jak po długim wieczorze wklepywania koordynatów wierzchołków do kodu, udało mi się wyświetlić coś w rodzaju zamku. Wrzuciłem szybko screen na ów portal i czekałem. Napisał do mnie pewien użytkownik z pytaniem, czy to co u mnie widać to jest model 3D. Odpowiedziałem szczerze, że nie. Domyślam się, że opluł wówczas monitor że śmiechu, ale ze stoickim spokojem wytłumaczył mi o co chodzi. Następny dzień spędziłem z zapałem czytajac jak ładować modele z plików. Tego typu historii jest mnóstwo i za każdym razem gdy wracam do nich, zadziwiam się co pasja potrafi zrobić z niewinnym człowiekiem.

Cała ta szalona podróż zaprowadziła mnie w końcu do wymarzonego kamienia milowego, jakim było opracowanie i wydanie na świat własnej małej gry, a następnie do pracy w pełnoprawnym studiu gier. Czy był to mój święty Graal? Odpowiedź nie jest niestety taka oczywista, więc postaram się poświęcić na to pytanie zupełnie oddzielny wpis.

W ramach zakończenia, pomimo iż obecnie nie pracuję w branży gier i mam prawdopodobnie więcej stron www i aplikacji użytkowych czy biznesowych na koncie, to mój umysł nieustannie szuka inspiracji, przetwarza toaletowe pomysły na gry, bezlitośnie analizuje je podczas grania… To choroba nie wygląda na uleczalną.